TRIATHLON | Kraków-Tyniec

MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL CROSSTRIATHLONU 2016
Kraków–Tyniec, 16-17 lipca 2016

PATRONI:

Polski Związek Triathlonu Kraków Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej

AKTUALNOŚCI / ARTYKUŁY

Puchar Polski Masters – Tychy 2016

Czas start. Pierwszy start w sezonie, czyli Puchar Polski Masters w pływaniu, Tychy 2016. Pierwsza próba sił na 400 metrów dowolnym, jako test czy faktycznie zmieniłam swoje predyspozycje ze sprintera w długodystansowca. 🙂 Krótka historia o mnie – była pływaczka, sprinterka, specjalista w motylkowym, zmiennym, pod koniec kariery odkryłam również swoje zdolności do pływania dowolnym. […]

Czas start. Pierwszy start w sezonie, czyli Puchar Polski Masters w pływaniu, Tychy 2016. Pierwsza próba sił na 400 metrów dowolnym, jako test czy faktycznie zmieniłam swoje predyspozycje ze sprintera w długodystansowca. 🙂

Krótka historia o mnie – była pływaczka, sprinterka, specjalista w motylkowym, zmiennym, pod koniec kariery odkryłam również swoje zdolności do pływania dowolnym. Woda to moje naturalnie środowisko życia, tutaj czuję się u siebie, zawsze bezpiecznie i pewnie. Kiedy wchodzę do wody tworzymy jedność, ona przenika mnie, a ja ją i tak jest od zawsze i na zawsze. Związek trwały i nierozerwalny. Moje miejsce na ziemi 🙂

12079050_1130169007014575_1891559864711923039_n

Zima minęła, przyszła wiosna, rozpoczyna się sezon startowy, pływanie, triathlon, rowery. W końcu rywalizacja, adrenalina, duch walki i sportowej pasji, coś czego mocno brakuje podczas długich zimowych wieczorów i żmudnych treningów. Każdy sportowiec, czy to amator czy zawodowiec czeka z niecierpliwością, aż przyjdzie możliwość sprawdzenia postępów i weryfikacji jakiegoś tam okresu ciężkiej pracy.

Dla mnie ta próba nadeszła wraz z wiosną, podczas pierwszych zawodów z cyklu Puchar Polski Masters Pływanie w Tychach.

„Tychy dobrych miejsc” – faktycznie okazały się miastem dobrych „miejsc”, a raczej zdarzeń 🙂

Pierwszy raz miałam też przyjemność startować w barwach Aktywnej Strony Życia i to także będzie miało wpływ na zapamiętanie Tych jako miasta dobrych miejsc.

Postanowiłam, że na tych zawodach nie będę się oszczędzać, koniec z asekuracją pływacką jaką zastosowałam na Mistrzostwach Polski Masters w 2015, w końcu nie po to tyle czasu moczyłam się w zimnej wodzie na basenie, nie po to tyle kilometrów przebiegłam w górach i dolinach oraz nie po to tyle razy przekręciłam korbą rowerową tej zimy, żeby teraz się oszczędzać 🙂

Tak też się stało, 4 starty na 4 możliwe, a co tam, jak szaleć to szaleć.

Główny cel 400 dowolny, następne w kolejce: 100 motylkowy, 100 dowolny i 50 dowolny. Rokowania dla dwóch ostatnich nie były specjalnie pomyślne. Jako że przygotowania do startów triathlonowych mocno zmieniły moją kadencję, długość kroku i dynamikę, śmiało mogę powiedzieć że sprinterem w kraulu już nie jestem i niestety już nie będę…

19.03.2016 google maps zaprowadził mnie bezbłędnie pod same drzwi basenu w Tychach. Basen jak to basen, 6 torów, obok basen rozgrzewkowy, brodzik, zjeżdżalnia, jacuzzi, generalnie standard. Ani nowy ani specjalnie stary, całkiem OK.

Pojęcie pływania podczas rozgrzewki zawsze było dla mnie mocno naciągane. Dla tych co nigdy nie mieli okazji uczestniczyć, czy też widzieć zawodów pływacki, przedstawię to w skrócie. Wyobraźcie sobie basen, z 6 torami, na którym równocześnie pływa około 150 osób. Kalkulator, 150 podzielić na 6, że ile??? Tak, tak, około 25 osób na torze, ale to tak z lekka licząc. Ludzi masa, wszyscy naraz w wodzie i każdy chce się rozgrzać, poczuć wodę, basen, sprawdzić ściany, czy są śliskie czy nie, jak wychodzą nawroty, jak się skacze, innymi słowy – gehenna. Przerażenie wzbudzały liny, które wyginały się niczym węże, to zwężając tory to poszerzając do granic możliwości. Takie zjawisko nie wróży nic dobre podczas startów. Całe szczęście bystrzy organizatorzy szybko zareagowali i naprężyli liny, zwiększając nam komfort startów.

Pierwszy start w moim wykonaniu to 50 dowolnym, podejście totalnie rozgrzewkowe ale z założeniem dania z siebie wszystkiego bo następny start dopiero za 2 godziny, więc jest czas na wypoczynek. Hmm, najchętniej bym to przemilczała, bo dla mnie jako byłej sprinterki uzyskany wynik jest raczej niezadowalający (28:…), no ale choćbym chciała to nie umiem już tak szybko przebierać tymi rękami 🙂 Nieważne, tak czy siak czułam że jest moc, a zwłaszcza w nogach. Super, czyli jednak bieganie i rower dają o sobie znać również w wodzie. Kolejny start tego dnia to 100 motylkowym. Wielki strach jak ja to ostatnie 25 metrów przepłynę, bo ostatnio umierałam. Nie ukrywam, że zależało mi też na tym starcie, aby zrobić czas podobny jak na MP w listopadzie, czyli około 1:14.

Jest słupek, na miejsca, gwizdek i start. Już w wodzie, już walka. Pierwsze 50 metrów, to był lot, lekkość wody, siła, moc, super. Kolejne 25 nadal czuję że jest dobrze, tempo ładne, ręce idą, nogi to wiadomo, power. Schody zaczęły się na ostatnich 15 metrach, kiedy to ręce niestety zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a raczej całkowicie odmówiły, dobrze że te nogi, takie mocne, to dopchały mnie do mety. Dobicie do ściany, szybki oddech do wody i już zerknięcie na zegar z wynikami, a tam co?? Szok i wielka radość, trochę też niedowierzanie, bo moim oczom (bez okularów korekcyjnych, to myślałam przez chwilkę że źle widzę) ukazał się wynik 1:12…. O jacie jacie, co za radość i euforia, bo to przecież całe moje pływanie zaczęło się właśnie od tego delfinka. Bo podobno to było tak, że wskoczyłam do wody w wieku 6 lat i od razu pływałam delfinem i nawet ja mam takie wspomnienia, że to było pierwsze co robiłam w wodzie 🙂 Oto więc ten wynik, znaczy dla mnie bardzo dużo i jest dla mnie super dobry, śmiało mogę powiedzieć, że się wzruszyłam jak go zobaczyłam na tablicy wyników. Wyszłam z wody dumna jak paw, może dla wielu to nic, ale dla mnie to wielki sukces, szczególnie że ostatnio taki dobry czas robiłam w…2004 roku…trenując 3 razy dziennie 6 dni w tygodniu.

230349_1131370900227719_1180089804229685972_n

Dzień następny to już stres. Zależało mi aby to 400 kraulem wypadło dobrze, żeby rozłożyć odpowiednio siły i utrzymać w miarę stałe tempo. W takich sytuacjach pojawię się wspomniany stres. Stres związany ze spełnieniem swoich oczekiwań. Zgłaszając się na te zawody wpisałam sobie czas 5:20 i wielce marzyłam o realizacji tego założenia, chociaż nie miałam bladego pojęcia jak to może wypaść, ale w końcu na treningach jestem w stanie, bez problemu pływać po 5:50 i to 4 razy pod rząd. Najpierw jednak „rozgrzewkowe” 100 dowolnym. Kiedyś mój konik, szczególnie jak na tablicy pojawiał się wynik 1:00… Tym razem, tak samo jak w przypadku 50 metrów nie oczekiwałam wiele i raczej zdawałam sobie sprawę że nie będę usatysfakcjonowana czasem jaki zrobię. Tak też się stało. 1:03 to jednak nie jest szczyt moich marzeń, zaznaczam MOICH, bo jestem świadoma tego że dla całej masy osób jest to czas fantastyczny, dla mnie jednak to 1:01.99, było by fantastyczne. Potraktowałam ten start jako rozgrzewkę i zaraz po zaczęłam się z lekka denerwować co to będzie z tym 400. W międzyczasie posiłek regeneracyjny w postaci eco batonika energetycznego i wody kokosowej jako naturalnego izotonika (sprawdza się i to bardzo – polecam!). Powoli nadeszła godzina zero, kolejny raz słupek, na miejsca, start, no i lecimy. Wyczekane czterysta. Po raz kolejny podczas tych zawodów przekonałam się o mocy moich nóg, hmm a niby powinnam biegać i jeździć na rowerze znacznie więcej…to co się będzie działo wtedy, skoro teraz jest taki power. Z czystym sumieniem mogę się przyznać że pierwszy raz od dawien dawna to ręce osłabł i miały już dość, a nogi dalej pracowały jak maszyny. I w takim stylu dopłynęłam do brzegu i końca zawodów z czasem 5:12 na 400 dowolnym i jestem z siebie dumna. Spełniłam swoje oczekiwania, a nawet osiągnęłam więcej niż zakładałam. Siły rozłożyłam umiejętnie, czego się obawiałam, moc była, a to dopiero początek i…nie dałam z siebie 100% bo nie wiedziałam czy dobrze to wszystko rozgrywam. Mam apatyt na więcej i mocniej. I z cicha powiem, że podczas kolejnych zawodów powalczę ze sobą o czas 5:00, bo czuję że jest osiągalny.

Podsumowując wyczyny w Tychach. Adrenalina, rywalizacja, szczęście i ogromna satysfakcja. Rokowania długodystansowe, pomyślne, nawet bardzo pomyślne i do tego apetyt na więcej startów i sukcesów rozbudzony po całości. To są bodźce, których trzeba sportowcom, amatorom czy profesjonalistą. Napędzają do działania, motywują i wskazują drogę. Oczywiście nie każdy lubi zawody, ten stres i wymagania jakie sobie sami często stawiamy powodują, że nie każdy czuje się w tej sytuacji komfortowo i najzwyczajniej nie lubi startów w zawodach. Ale dla tych co lubią się sprawdzać i mają tą iskierkę zwycięzcy w sercu to jest motor, napęd, silnik do działania, a jeszcze jak widzi się progres, zmianę, to tym bardziej chce się więcej. I otrzymuje się wtedy ten kolejny zastrzyk motywacji do dalszych, bądź co bądź ciężkich treningów. Niezależnie od tego czy to bieganie, pływanie, czy rower, nasze małe, prywatne sukcesy dają nam apetyt i moc na więcej.

I gratuluję wszystkim, którzy gdy ja walczyłam z moją 400-setką, tak pięknie biegli półmaraton Marzanny, a wyniki wiem że są słuszne, tym bardziej BRAWO WAM! I oby ten sezon był dla wszystkich AKTYWNYCH, i tych mniej również, pełen osobistych sukcesów i spełnionych marzeń.

POWODZENIA W 2016!

Michalina Bąk